TBILISI 10-15 grudnia 2013

WTOREK

Samolot mam z Warszawy, więc dzień przed wylotem do Gruzji wyruszam z Wrocławia. Niestety dzień jest pechowy, POLSKI BUS nagle zmienił godziny odjazdów i wyjechał 15 minut wcześniej niż powinien. Czekam godzinę na kolejny autobus, bo życzliwy Pan zlitował się i przepisał mi bilet na 17. Po wymarznięciu się na dworcu stwierdzam że już gorzej być nie może… A jednak… POLSKI BUS przyjechał trochę „wybrakowany”, nie ma gniazdek elektrycznych, telefon rozładowany a netbook ma 10 % baterii.. Nie pozostaje nic innego jak zacząć się uczyć na kolokwium jakie czeka mnie po powrocie…

Po 23 docieram na miejsce i nocuję u kuzyna.

ŚRODA

Wstaję o 2 godziny za późno. Jak widać, pech mnie nie opuszcza. Nie jem śniadania, ale przynajmniej zdążam bez problemu na samolot. Głodna, ale bez stresu udaję się na pokład.

Podczas lotu znajdujemy się ciągle w strefie turbulencji, więc nie jest to komfortowe. Jem na pokładzie niezbyt smaczną bagietkę wyprodukowaną 2 miesiące temu, ale przynajmniej zaspokajam głód. Moim towarzyszom nie udaje się wprawić w dobry nastrój, whisky na czas lotu zostaje im zarekwirowane przez stewarda.

Po niecałych 3 godzinach lądujemy w Kutaisi a stąd musimy się dostać do Tbilisi. Od gruzińskiego kolegi dowiedziałam się, że jeżdżą z lotniska busy do stolicy za 10 dolarów.

Wysiadam z samolotu i doznaję szoku. Zima na całego, śnieg po kolana. Takiej pogody to się tutaj nie spodziewałam. Chcę sobie zrobić fotkę przed samolotem, ale gruzińska policja od razu reaguje i każe mi natychmiast usunąć zdjęcie, już wiem że w tym kraju trzeba się mieć na baczności. Dokładna kontrola paszportów, odbiór bagażu i można opuścić lotnisko.

Na szczęście o przejazd do Tbilisi nie trzeba się martwić, bo przy wyjściu stoi Pani i rozdaje ulotki z reklamą firmy transportowej. Kupujemy bilety za 20 larów (ok. 35 zł) i kierujemy się do ciasnego busika. Większość pasażerów to Polacy, którzy przyjechali w celach turystycznych tak samo jak ja i moi znajomi. Po wyruszeniu kierowca od razu krzyczy po rosyjsku, że nie można spożywać alkoholu podczas jazdy.. Podróż nie jest wygodna, ale nie ma co narzekać, w końcu przyjechaliśmy tu po to, aby poznać Gruzję od każdej strony. Po drodze zatrzymujemy się na 25-minutową przerwę w przydrożnej „restauracji”. Nie znając gruzińskich szlaczków wybieramy w ciemno coś do jedzenia. Moja potrawa (warta 3 lary) to jakiś placek nadziewany mięsem, jest trochę bez smaku. Jednak gruzińska pasażerka naszego busa twierdzi, że to jej ulubione danie. Jeśli chodzi o jedzenie to jestem bardzo wybredną osobą, więc wierzę jej że to może być pysznym daniem dla wielu ludzi.

Transport z Kutaisi do Tbilisi trwa ponad 5 godzin, jest zimno i nie czuję nóg. Kierowca busa wysadza nas, jak twierdzi, 200 m od hotelu. Jednak jest tyle wąskich i krętych uliczek, że nie mamy pojęcia w którą stronę iść. Decydujemy się na taksówkarza mówiącego tylko po gruzińsku i rosyjsku. Twierdzi, że za 5 larów dowiezie nas do celu. Spędzamy w taxi ponad pół godziny, bo kierowca jednak nie może znaleźć ulicy. Na szczęście mamy zapisany numer do hotelu i po rozmowie telefonicznej z właścicielką trafiamy do celu. Hotel Isaka wygląda jak normalny dom rodzinny. Otwiera nam przesympatyczna kobieta, mimo późnej pory wygląda na wyspaną. Mam rację, hotel mieści się w ich domu, ale jest bardzo ładnie urządzony. Pokoje są nowiutkie i zadbane. Jest godzina 4 czasu lokalnego, zmęczeni podróżą idziemy spać…

CZWARTEK

Tak jak przypuszczałam… Budzę się o godzinie 11 przeziębiona, czuję że choroba mnie rozkłada, ale nie mogę pozwolić jej wygrać. Znajomi przynoszą mi coś w stylu zimnego hamburgera (chyba jest to odzwierciedlenie polskich drożdżówek na śniadanie). Jem, zbieram wszystkie siły i wyruszamy w miasto. Na szczęście śnieg zniknął i zrobiło się trochę cieplej.

01-gruzja

Mijamy biednie wyglądające przydrożne warzywniaki oraz wiele zaniedbanych i opuszczonych budynków, niektóre miejsca wyglądają tak jakby nadal trwała tam wojna. Dochodzimy do kolejki linowej w Parku Europejskim, która za 8 larów (za 3 osoby) wiezie nas do starożytnej twierdzy Narikali usytuowanej na zamkowym wzgórzu.

02-gruzja

03-gruzja

Widok niesamowity i wrażenia nie do opisania. W końcu dzieje się coś pozytywnego. Podróż trwa kilka minut, a na szczycie mamy szansę podziwiania panoramy Tbilisi.

04-gruzja

Pogoda jest dobra więc udaje mi się zrobić sporo fajnych zdjęć. Sama twierdza to w większości ruiny ale i tak wygląda to dość imponująco. Ponadto, nieopodal Narikali, na szczycie góry Mtacminda, stoi ogromny pomnik gruzińskiej matrony Kartlis Deda. Symbolizuje ona Gruzję. Jak się dowiedziałam, w lewej ręce kobieta trzyma wielki dzban wina, którym wita przyjaciół. Z kolei prawa dłoń ściska miecz, którego smak poznają wrogowie. W ten sposób Gruzini pokazują światu swoje umiłowanie przyjaźni oraz silne pragnienie wolności i niezależności.

05-gruzja

Z powrotem zjeżdżamy kolejką i udajemy się na Most Pokoju (nad rzeką Kurą) przeznaczonego tylko dla pieszych. Ta 150-metrowa kładka zbudowany jest ze szkła i żelaza przez co wygląda bardzo nowocześnie ale chyba też dzięki temu przyciąga uwagę turystów. Co więcej, mieszkańcy stolicy nazwali go „podpaską” i w sumie się nie dziwię, rzeczywiście kształt mówi sam za siebie.

06-gruzja

Przechodzimy na drugą stronę i udajemy się do pobliskiej restauracji (nie pamiętam nazwy). Tutaj udaje mi się zasmakować najbardziej znanej potrawy w Gruzji – chaczapuri. Z czystym sumieniem mogę polecić to danie, bo jest smaczne i spokojnie można się tym najeść. Krótko mówiąc jest to taki placek z serem, ale robiony z różnymi dodatkami, tak jak włoska pizza.

07-gruzja

Wieczorem jedziemy na najsławniejszą ulicę w Tbilisi – aleję Szoty Rustaweli. Rozciąga się ona na długość 1,5 kilometra. Wygląda bardzo ładnie w świątecznym wydaniu. Jest tutaj dużo sklepów i restauracji. Nasz spacer tą ulicą zaczynamy od placu Rustaweli. Nie sposób nie zwrócić uwagi na jeżdżące samochody, mimo znaków i sygnalizacji poruszają się jak chcą. Przejście na drugą stronę ulicy graniczy z cudem. Na szczęście są przejścia podziemne, w których można trafić na przykład na irańską dyskotekę. Mijając pięknie oświetlony gmach parlamentu, dochodzimy do placu Wolności, gdzie stoi złoty pomnik Wolności przedstawiający zabicie smoka przez św. Grzegorza. Nie rozumiem tylko, dlaczego po tak ładnym placu jeżdżą samochody, a pomnik jest w rzeczywistości środkiem wielkiego ronda.

08-gruzja

Stamtąd udajemy się do pobliskiej knajpki o nazwie Aqua pub aby się czegoś napić i wracamy taksówką na naszą dzielnicę Avlabari.

PIĄTEK

Kolejny dzień zaskakuje mnie brakiem wody w kranie. Właścicielka informuje nas o awarii i zapewnia, że woda będzie wieczorem. Przy okazji przynosi nam wodę w butelkach. Nie jest to dobra informacja dla mnie, ponieważ chciałam umyć włosy… Czuję się nadal chora, ale chcę jak najwięcej zobaczyć i zrobić dużo zdjęć.

Nie wstałam dzisiaj zbyt wcześnie, więc dopiero po południu wychodzimy z hotelu. Trafiamy na ogarniętego taksówkarza, który zawozi nas na górę Mtacminda. Znajduje się tam wesołe miasteczko i ogromna wieża telewizyjna. Jest grudzień, turystów nie widać, jesteśmy jedynymi osobami korzystającymi z wielkiego diabelskiego młyna. Kosztuje to grosze, a widok byłby rewelacyjny gdyby nie mgła.

09-gruzja

Po kilkunastu minutach wracamy z góry i zmierzamy w kierunku Tbiliskiego morza. Nie wiem czemu taka nazwa skoro jest to po prostu duże sztuczne jezioro. Przypuszczam, że gdyby było lato to byłabym nim zachwycona a w zimie mogę jedynie na nie popatrzeć i zrobić zdjęcie.

10-gruzja

Zaczynamy robić się głodni, a więc kierowca zawozi nas do restauracji w pobliżu alei Rustaveli „House of Khinkali”. Jak nazwa wskazuje chcemy zasmakować kolejnego regionalnego dania chinkali, czyli coś a’la pierogi. Zamawiamy wszystkie rodzaje jakie są w menu: 3 rodzaje z mięsem, a także z ziemniakami, serem i grzybami. Polecam wszystkie!

11-gruzja

Po sytej obiadokolacji wracamy do hotelu, aby trochę się zregenerować. Wody nadal brak, a planujemy iść na imprezę. Niestety w tej sytuacji jestem bezsilna. Przebieram się, robię make-up i związuje moje biedne, nieumyte włosy. Córka właścicielki naszego miejsca pobytu poleca klub Urban przy ulicy Shardeni, więc udajemy się właśnie tam. Zamawiamy butelkę wódki i zaczynamy się bawić. Człowiek po alkoholu staje się prawdziwym poliglotą i nawet język gruziński przestaje być przeszkodą. Poznaję kilka sympatycznych osób i powiększam grono fejsbukowych znajomych. Wracamy bardzo późno do domu.. Nawet nie wiem kiedy zasypiam…

SOBOTA

Budzę się około godziny 11 i czuję się wyjątkowo dobrze, chyba wczorajsza impreza wyleczyła mnie z choroby. Jest woda! Chyba nigdy w życiu nie byłam taka szczęśliwa z powodu umycia włosów i wzięcia prysznica. Śniadanie jemy w restauracji Gourmeni obok naszego hotelu. Jest tam wszystko, od tradycyjnej gruzińskiej kuchni aż po fast foody. A najważniejsze, że smakuje.

Najedzeni zwiedzamy sobór świętej Trójcy – główną cerkiew w Tbilisi. Fakt, widać ją praktycznie z każdej strony, ale nie spodziewałam się że jest aż taka wielka. Niestety jest zamknięta i mogę pozwolić sobie tylko na spacer dookoła świątyni. Wiatr wieje tak silny, że chwilami obawiam się, że mnie zdmuchnie.

13-gruzja

Stąd taksówkarz wiezie nas w miejsce, gdzie możemy kupić „suweniry”. Niestety ciężko jest się dogadać z tutejszymi kierowcami. Nie dość, że nie znają języków, to mają bardzo słabą orientację w terenie i czasami krążą przez dłuższy czas w jednym miejscu aby coś znaleźć. Zawozi nas na jakieś targowisko, ale bez problemu udaje mi się kupić magnesiki do kolekcji. Po zakupach jedziemy się zrelaksować do gruzińskich łaźni siarkowych (tak zwanych bani). Te, które znaleźliśmy w Internecie są w remoncie, więc trafiamy do innych. Płacimy 15 larów za osobę, w pakiecie mamy gorącą i zimną kąpiel oraz saunę. Nie ma szatni, więc muszę sobie poradzić w jednym pomieszczeniu z pięcioma mężczyznami. Szału nie ma, ale czujemy się zrelaksowani.

Zmierzamy na piechotę w kierunku hotelu. Naszą uwagę przykuwa przytulna kawiarnia na Avlabari. Jest nawet szyld po angielsku „Old generation”. Po chwili wyskakuje mężczyzna i woła nas do środka. Jak się okazuje jest właścicielem. Wchodzimy zaciekawieni. W środku wystrój w starym stylu, dużo ozdób, 3 stoliki, kamienny bar a na środku nowoczesna lodówka z której pan podaje nam domowej roboty winko i jakiś krowi ser. Czuję się jakbym odwiedziła czyjś dom, a nie kawiarnię. Co więcej, opowiada nam różne legendy i historie o Gruzji. Mówi po rosyjsku, więc rozumiem prawie wszystko. Już wiem, że miasto Tbilisi powstało w V wieku, a jego nazwa pochodzi od słowa „ciepły”. Tacy ludzie na długo pozostają w pamięci. Przyklejam nawet logo swojej strony na lodówkę, bo polecam to miejsce w stu procentach. Na koniec kupuję litr pysznego wina za 20 larów i z żalem opuszczam to miejsce.

14-gruzja

Jesteśmy już głodni, więc odwiedzamy znowu sprawdzoną już restaurację Gourmani, a kelner Edgar z Armenii staje się moim nowym znajomym na fejsbuku. Nie mamy już czasu na odpoczynek, bo jesteśmy umówieni z naszymi gruzińskimi znajomymi poznanymi wczoraj. Dziewczyny zaproponowały nam karaoke. O 22 przyjeżdżają po nas chłopaki i jedziemy razem do klubu ZSRR. Prawie wszyscy mówią po angielsku więc bez problemów możemy rozmawiać. Nie umiem śpiewać, ale wystarczy jedno piwo i mikrofon znajduje się w moich rękach. Śpiewam „Seksualna nebezpeczna” po ukraińsku i mam wrażenie, że wszyscy patrzą się na mnie z politowaniem… Jednak dobry humor mnie nie opuszcza, nowi znajomi są zainteresowani nami i naszą polską kulturą. Po poznaniu tych kilku osób mogę powiedzieć, że Gruzini to bardzo serdeczni i mili ludzie z ogromnym poczuciem humoru.

15-grzuja

Jest już późno w nocy. Ostatni raz wyruszamy wszyscy razem na górę Mtacminda i podziwiamy Tbilisi nocą. Jest bardzo zimno ale oświetlone miasto wygląda przepięknie i warto trochę zmarznąć aby to zobaczyć. Stwierdzam, że władze stolicy nie oszczędzają na oświetleniu.

16-gruzja

Kończymy pełną wrażeń noc pijąc pożegnalne gruzińskie piwo w samochodzie, przed hotelem. Po tylu przygodach nie spodziewałam się, że z żalem będę rozstawać się z Gruzją. Jednak już jestem pewna, że będę pamiętać tylko te miłe rzeczy i tych życzliwych ludzi, którzy bezinteresownie pokazali nam skrawek gruzińskiego życia.

NIEDZIELA

O 12 wykwaterowujemy się z hotelu i jedziemy na busa, który z placu Wolności zabierze nas na lotnisko do Kutaisi. Oczywiście taksówkarz wiezie nas w przeciwną stronę, ale już wiemy gdzie mamy jechać więc wskazujemy mu drogę. W busie spędzamy kolejne 5 godzin jadąc przez śnieżycę. Gdy docieramy, do lotu mamy jeszcze 3 godziny, a na lotnisku tylko jedna kawiarnia i nic więcej. Na szczęście jest bezpłatne WiFi, więc czas mija szybko.

Powrotny lot odbywa się sprawnie i tym razem bez żadnych turbulencji. Z lotniska odbiera mnie kolega, a potem spędzam kilka godzin w Warszawie w oczekiwaniu na pociąg. Nad ranem znowu ruszam w 6-godzinną podróż do Wrocławia. Śpię całą drogę i budzę się prawie na miejscu. Za godzinę mam kolokwium…

Zmęczona, ale bogata w nowe doświadczenia kończę moją podróż…